Ticket, please…
2005-12-03
Ticket, please…
Siedziałem w pociągu i rozmyślałem czy na pewno dobrze robię
aż tak ufając moim kosmicznym znajomym. Pomogli mi nie raz i to dzięki nim
jestem, kim jestem. Ale czy podróż do Egiptu nie jest przesadą? Niemożliwe,
Nordycy posiadają zbyt rozległą wiedzę by wprowadzić mnie w błąd. Drzwi do
przedziału rozsunęły się i po chwili przecisnął się przez nie gruby, łysy facet
w konduktorskim ubraniu.
- Ticket, please… -
spojrzałem na niego nieobecnym wzrokiem. Wyciągnąłem z kieszeni spodni wymięty
kawałek papieru i podałem służbiście.
- Thank you. - był chyba
troszkę oburzony stanem biletu, ale widać nie znał dość dobrze angielskiego by
podyskutować.
Kiedy już wyszedł
otworzyłem szerzej okno. Zaczynałem powoli odczuwać oznaki gorąca, dobrze, że
przygotowałem się wcześniej i wziąłem krótkie spodenki wraz zapasem koszulek.
Wróciłem do moich rozmyślań. Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu.
Pierwsze spotkania z Nordykami napawały mnie nieopisanym lękiem. Teraz, po tylu
latach nawet się z nimi zaprzyjaźniłem. Pomagają mi w codziennych sprawach w
zamian za rozpowszechnianie informacji o ich rasie.
Ostania wizyta była
wyjątkowa. Po raz pierwszy Ohea przyszła do mojego domu, zazwyczaj to ja byłem
wciągany na ich statek. Ohea to Nordycka dziewczyna towarzysząca mi przy każdym
„wzięciu”. Jest wysoka ma długie blond włosy i niesamowite niebieskie oczy...
***
- Wiktor, obudź się.
Musisz coś dla nas zrobić - usłyszałem w swoim umyśle znajomy głos.
Nie musiał długo czekać na moją reakcję,
zdążyłem już przyzwyczaić się do „nocnych odwiedzin” i szybko otworzyłem oczy.
Zdziwił mnie fakt, że znajduje się u siebie w sypialni. Rozejrzałem się powoli,
światło zza okien oświetlało moją sypialnie tak dobrze, że wydawało mi się, że
już świta. Mrużąc oczy dostrzegłem zarysy postaci siedzącej na krześle przy
biurku. To Ohea uśmiechnąłem się szczerze w jej stronę.
- O co chodzi? Domyślam
się, że coś poważnego skoro nie traciliście czasu by mnie wziąć na statek
-usiadłem na łóżku, żeby móc patrzeć przyjaciółce w te hipnotyzujące oczy.
- Musisz pojechać do
Egiptu, nie przerywaj mi, proszę - mruknęła telepatycznie, przechodząc przez
pokój i siadając obok na łóżku - Jak wiesz często kontaktujemy się z innymi
rasami, które pomagają Ziemianom. Podczas ostatnich rozmów z Plejadanami
dowiedzieliśmy się, że starożytni zbudowali małą, nie odkrytą dotąd, piramidę,
w której jest ważne przesłanie dla ludzkości. Ze wszystkich istot tylko ty
jesteś duchowo gotowy by pojechać do Egiptu i odszukać je.
- Czuje się zaszczycony,
bez urazy, ale po co tyle zachodu? Nie możecie teraz powiedzieć o co chodzi?
- Twoja rasa potrzebuje
pisemnego dowodu, dobrze wiesz, że same słowa nie wystarczą. Kieruj się do
miasta al-Jizah…I czekaj na dalsze instrukcje.
***
Wygramoliłem się z
pociągu mijając grupkę starszych panów i jakieś zakonnice. Okolica nie
wyróżniała się niczym specjalnym. Dworzec był zadaszony, więc panował tam
przyjemny chłód. Zewsząd rozchodziły się nawoływania i rozmowy w nieznanym mi
języku. Kto by pomyślał, że wśród tych ludzi znajduje się ktoś taki jak ja.
Lubię się tak nazywać: „wybraniec”, ale przecież nie jestem kimś nadzwyczajnym,
ba nie mam nawet paranormalnych mocy. Chyba będę musiał z tym porozmawiać z
Oheą. Uśmiechnąłem się, a moje myśli powędrowały dalej... dziwne, nie dostałem
żadnej wiadomości od Oheey. Ruszyłem w stronę ciekawie wyglądającego sklepiku z
pamiątkami. Miniaturki piramid i Sfinksa zastawiały całą ladę. Nie przyjechałem
tu po pamiątki, rozglądałem się raczej za czymś pożytecznym, aż wreszcie mój
wzrok spoczął na rozmówkach angielsko-arabskich. Sprzedawca, który zapewne
posiadał jakiś szósty zmysł, dostrzegł natychmiast moje zainteresowanie i zaczął
szarpać mnie za ramie krzycząc:
- Good price! Good
price!
Spojrzałem na niego w
niemym zdziwieniu, dziki jakiś czy co? Ale lubie uczyć się różnych języków i
dlatego w domu posiadam nawet spora kolekcję słowników. Przyznam jednak
szczerze, nic przydatnego nie da się z nich wyciągnąć, chociaż całkiem
skutecznie pełnią szczytną funkcję zbieraczy kurzów. Mimo wszystko rozmówki
angielsko-arabskie będą ładnie wyglądać wśród rozmówek polsko-japońskich czy
angielsko-węgierskich.
- All right, I take it -
powiedziałem pewnie i zacząłem grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu funtów
egipskich, które przez przezorność kupiłem w Polsce. W końcu wręczyłem
handlarzowi 4 funty, nie chciało mi się targować, chociaż mogłem pewnie uzyskać
dużo niższą cenę. „Niech ma i się cieszy” jak to mówi mój kuzyn Kuba. Ten
jednak zamiast się cieszyć wyglądał na troszkę zdenerwowanego, powinienem
napisać poradnik „jak wkurzyć Egipcjan”. Oburzony, ale wziął pieniądze, dał
słownik i tyle go widziałem.
Schowałem zakup do kieszeni, może później
porozmawiam sobie z jakąś piękną białogłową, albo zaskoczę Oheę? Opuściłem
ogromny budynek dworca. Lecz to, co zastałem na zewnątrz przerosło moje
najśmielsze oczekiwania. Spodziewałem się raczej kraju trzeciego świata, ludzi
poruszających się na wielbłądach i kobiet z garnkami z wodą na głowie. Po
gigantycznej ulicy pędziły samochody, przy chodniku stało kilkanaście czerwonych
taksówek i kilkadziesiąt domków przeważnie dwupiętrowych, budowanych z gliny i
projektowanych jakby przez tego samego architekta. Szybko otrząsnąłem się z
szoku, przetarłem twarz z kropel potu i pomyślałem, że dobrze by było zobaczyć
jak wygląda prawdziwa piramida. W końcu co innego oglądać zabytki na żywo. Z
tego, co przeczytałem przed wyjazdem w Internecie, to gdzieś w okolicy znajduje
się słynna budowla Cheopsa i Sfinks.
Ruszyłem do taksówki, przypomniała mi się pewna
reklama i miałem nadzieje, że tutejsi taksówkarze nie są zbyt muzykalni.
Otworzyłem drzwi i przełknąłem głośno ślinę. Kierowca spojrzał na moje odbicie
w lusterku i zapalił silnik. Egipt coraz bardziej mnie zaskakiwał, cóż, co kraj
to obyczaj. W oddali zobaczyłem coś, co wyglądało jak te piramidy, które
pokazują w telewizji. Chyba wyglądam jak typowy turysta…
W samochodzie nie
działała klimatyzacja, a okna były zamknięte, panował w nim upał nie do wytrzymania,
istna sauna wliczona w koszty podróży, przynajmniej ja tak to odczuwałem, bo
kierowca wydawał się odporny na wysokie temperatury. Może to jakiś terrorysta?
Mam nadzieje, że nie wysadzi nas w powietrze, albo nie podusi
z premedytacją. Miał na głowie turban, jakby mu jeszcze było za mało upału
i szatę sięgającą do kostek. Miał o wiele piękniejsze rysy twarzy od konduktora.
Niebieskie oczy i blond włosy, grzywka spadała mu na czoło. Skądś go znam… Nie
to nie możliwe.
Dojechaliśmy! Nareszcie.
Znów miałem zamiar wygrzebać pieniądze z kieszeni, kiedy stało się coś, po czym
obiecałem sobie, że już nic mnie nigdy nie zdziwi, nawet nie wiedziałem jak
bardzo absurdalna była ta obietnica…
- Nie płać Wikuś.
Przysłała mnie Ohea, sama niestety nie mogła przybyć. Pewnie dziwisz się, jakim
sposobem nie rozpoznałeś we mnie Nordyka od razu? Potrafimy się do was
upodabniać. Oj widzę, żeś zmęczony podróżą. Mów mi Mearl widzieliśmy się nie
raz na statku – jego uśmiech powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedział...
Wyglądał naprawdę ludzko, ale ciągle korzystał z telepatii – No to słuchaj,
jestem od teraz twoim jak wy to nazywacie ochroniarzem i zapewnię ci bezpieczną
podróż do celu. Zaczynają się schodki - poprawił sobie grzywkę przyglądając się
mojej zdezorientowanej twarzy – Nie wszyscy obcy są pozytywnie nastawieni tak
jak my... - przeleciała mi przed oczami scena z filmu „Matrix” kiedy
Morfeusz kazał Trinity zabrać Wybrańca w bezpieczne miejsce… Poczułem się
jakbym śnił, postanowiłem się uszczypnąć. Mearl uśmiechał się - To nie jest sen
Wiktorku. Wiesz, że te szczypanie nigdy nie działa. Masz coś dla nas zrobić.
Pamiętaj, że to ważne... Zadanie.
- Przepraszam - przez
chwilę miałem wrażenie, że znowu jestem uczniem i znowu coś przeskrobałem… -
Ruszajmy na miejsce, Mearl. Nie mógłbyś otworzyć okien, ten upał jest nie do
zniesienia.
- Zapomnieliśmy o tym
budując ten pojazd. Nie mieliśmy czasu na poprawki. Musisz wytrzymać. Jak
zauważyłeś jesteśmy właśnie pod największą piramidą w Egipcie. Pojedziemy teraz
do dużo mniejszej, której jeszcze nie znaleźliście. Znajduje się ona kilkaset
kilometrów na południe stąd, na samym środku pustyni. Sam byś tam nie dotarł w
żaden sposób, prędzej zgubił w piasku. I skończył jako mumia... Tak... Ciało
potrafi się szybko zmumifikować w takim otoczeniu. Nie jedna istota tak
skończyła. Nadal ci za gorąco, może masz ochotę przejść się? Wiesz... Mogę
poczekać na ciebie na miejscu... – pokiwałem przecząco głową, jakoś wytrzymam.
Gwałtownie skręcił z
drogi na południe i ruszył prosto do celu podróży, przynajmniej taką miałem
nadzieję. Kiedy ulica znikła nam z oczu Mearl użył cząstki swej mocy i uniósł
odrobinę samochód. Niech go ktoś powstrzyma... Zachowywał się jak nastolatek za
tą kierownicą. I ktoś taki ma mnie bronić? Niby nie powinno się ulegać pozorom,
ale marnie widzę swój los. Zatrzymaliśmy się na zupełnym pustkowiu. Wszędzie
były rozrzucone tylko kamienie i piasek.
- E... Mearl jesteś pewien, że to tutaj? -
powiedziałem troszeczkę zdziwiony. Ten jednak nie raczył nawet odpowiedzieć
tylko skinął mi ręką na znak, że mam wysiąść. Przeszedł jeszcze parę kroków na
południe, sprawiał wrażenie głęboko zamyślonego. Spoważniał, może powinienem
się czegoś obawiać? Albo kto wie, może zabłądził?
- Tak - usłyszałem w
głowie dość cicho wypowiedziane słowo, na dźwięk, którego z niewiadomych mi
przyczyn przysiadłem na kolanach ze strachu - Dziwne wygląda na to, że piramida
została zakopana przez piaski, z moich danych wynika, że jest dokładnie… -
rozejrzał się i odszedł jeszcze kilka kroków - … tutaj. Będę musiał
teleportować cię bezpośrednio do środka, chcieliśmy tego uniknąć to na pewno
zwróci uwagę Szarych. Ohea będzie wściekła. Całe szczęście, że nikt poza ludźmi
nie może wejść do piramidy. W środku będziesz bezpieczny. Przygotuj się!
***
Znalazłem się w ciemnej
komnacie, oczy bardzo powoli przyzwyczajały się do mroku. W powietrzu unosił
się tylko zapach stęchlizny, a cisza aż piszczała w uszach. Rękami wyczułem, że
znajduje się w wąskim korytarzu, z braku lepszego pomysłu ruszyłem przed
siebie. Ściany rozszerzyły się nagle. Znajdowałem się chyba w jakimś
pomieszczeniu. Przed sobą dostrzegłem zarys czegoś, co wyglądało jak skrzynia,
tak na pewno skrzynia, nie sarkofag. Ostrożnie zbliżyłem się i dotknąłem
drewnianej powierzchni, która rozpadła się na części. Odskoczyłem przerażony.
Po chwili jednak wróciłem, nie mam pojęcia skąd miałem tyle odwagi by zacząć
grzebać w pozostałościach skrzyni. Znalazłem kartkę papieru z hieroglifami,
wzrok nagle wyostrzył mi się tak, że mogłem bez problemu przyjrzeć się rysunkom.
Zacząłem czytać, mimo, że nie znałem tego języka przeczytanie tekstu nie
sprawiło mi problemów:
- Witaj Bracie –
parsknąłem śmiechem, lecz poczułem jakbym tracił panowanie nad sobą – więc i na
Ciebie przyszedł czas? Czujesz jak powoli uchodzi z Twego Ziemskiego ciała
życie? Dołącz do nas... Czekamy… - upadłem na posadzkę. Czułem się znowu jak za
czasu pierwszych wzięć, zupełnie sparaliżowany. Gdzie Mearl? Miał mnie chronić!
Mówił, że będę tu bezpieczny, czyżby jednak Szarzy mogli tutaj wejść? I nagle
przed moimi oczami zaczął wyłaniać się obraz Ziemi…
***
Jednak nie mogę Ci
zdradzić co zobaczyłem, kogo poznałem i jak skończyła, a właściwie zaczęła się
moja historia. Może kiedyś to ja zawiozę Ciebie na środek pustyni? Może
nawiedzę przerywając jakiś sen lub biorąc w nim udział. Możesz być pewien tyko
jednego Bracie... Ja istnieję i nie jestem sam...Uważaj... Bo kiedyś mogę
przyjść i po Ciebie...
|